Bezmięsne diamenty

Bezmięsne diamenty

Od czasu do czasu trafiam w internecie na niesamowite cuda marketingowej inżynierii. Reklama jest taką specyficzną dziedziną w ramach której da się opowiedzieć bardzo wiele o faktach. Bez wspominania takowych. A że reklama dźwignią handlu, to sprytna historia zaczyna sprzedawać produkt, inni sprytni to podpatrują i buduje nam się cały trend wokół. Dokładają się do tego jeszcze klienci, którzy dali się skusić i zamiast poddać produkt w wątpliwość, wolą podtrzymywać marketingowy cud inżynierii. A ja dostaję migreny.

Parę lat temu koleżanka pokazała mi swój pierścionek zaręczynowy. Z wielką cyrkonią. Znając sytuację finansową obojga i realia ich związku na odległość, nieco się zdziwiłam. Podpytałam więc, co to za kamień, mimo że z góry wiedziałam, czego się dowiem. W odpowiedzi usłyszałam: naturalny kryształ. Dopytałam delikatnie czy koleżanka zdaje sobie sprawę, co to oznacza i czy nie wolałaby być może mniejszego diamentu lub innego, bardziej oryginalnego kamienia. Zdawała sobie sprawę i był to koniec naszej rozmowy na parę długich tygodni.

Ta historia przypomniała mi się właśnie wtedy gdy trafiłam na stronę kanadyjskiej marki Vegan Diamonds. Zaciekawiona tym nowym tworem zaczęłam przeglądać katalog i ku mojemu zaskoczeniu, całkiem spory pierścionek zaręczynowy można tam ustrzelić za… niecałe 50$ kanadyjskich. Oczywiście po bliżej inspekcji okazało się, że to najzwyczajniej w świecie cyrkonie. Z czystej ciekawości zaczęłam szukać dalej. I otóż okazuje się, że sprytnych marketingowców jest więcej. Wegańskie diamenty znajdziemy też na Etsy i w paru innych miejscach. W pierwszej chwili byłam poirytowana. Głównie tym, że żerując na niewiedzy konsumenta, próbuje im się sprzedawać zwykłą cyrkonię jako wegański diament. Jednak po chwili dotarło do mnie, nie po raz pierwszy z resztą, że jest pewna grupa konsumentów, którzy po prostu wolą tani splendor.

vegan diamonds

I to nie był koniec. Zgłębiając temat trafiłam na kilka różnych sklepów oferujących laboratoryjne diamenty jako wegańskie. Argumentując, że wytworzenie diamentu w laboratorium jest mniejszym obciążeniem dla środowiska i nie zagraża bezpośrednio florze i faunie, tak jak to czynią kopalnie diamentów. I pozostaje mi tu tylko wykonać długie westchnięcie.

Zgodzę się z tym, że diament laboratoryjny nie jest takim samym zagrożeniem, co kopalniany. Ale nie oznacza to, że pozostaje bez wpływu na środowisko. Do jego wytworzenia potrzebna jest spora ilość energii. W końcu chodzi o powtórzenie w ciągu kilku dni procesu, który zwykle zajmuje miliony lat. Więc najzwyczajniej w świecie, negatywny wpływ na środowisko powstaje na innym etapie produkcji – w przemyśle energetycznym. Problem magicznie nie znika. Co prawda w Kanadzie zaledwie 9% energii pochodzi z paliw kopalnych, ale laboratoryjne diamenty powstają w zasadzie wszędzie na świecie, włącznie z Indiami, gdzie już 65% energii to paliwa kopalniane. Dlatego mam spory problem z twierdzeniami, jakoby diament laboratoryjny był bardziej ekologiczny.

Pozostaje jeszcze dla mnie kwestia nomenklatury. Zarówno w języku polskim, jak i w języku angielskim, słowo wegański czy vegan odnosi się głównie do sposobu odżywiania. I tak, wiem, obecnie weganie rozszerzają to pojęcie ogólnie na produkty pochodzenia zwierzęcego i zaliczają do nich również ubrania czy przedmioty codziennego użytku. Jednak w kontekście diamentów, jest to według mnie tylko tanią marketingową zagrywką. Równie dobrze można by stwierdzić, że to diament bezmięsny. Jest to prawdą, ale niecałą, mniej więcej takiego pokroju jak bezglutenowa woda mineralna. Od istnienia wegańskich diamentów wszystkie inne nie stają się bardziej mięsne. A już na pewno nie stają się diamentami cyrkonie.